Jest to wersja demonstracyjna dzieła literackiego.
Nie sądzę, aby odniosło większy sukces, ale spróbować zawsze można. Pisane dla przećwiczenia umiejętności pisarskich.
Upadek Khorinis, część pierwsza.
Po nadpalonych słońcem dachówkach kuźni wiatr targał niezliczone ilości piasku. Kowal Harad załadował ostatni kufer na wóz i zatrzasnął pokrywę. Po raz ostatni wszedł do budynku, rozglądając się dokoła. Wielka izba była całkowicie pusta. Chociaż... w jednym z kątów leżał jakiś przedmiot, od którego odbijały się nieliczne promienie słońca przedostające się przez zabite deskami okna. Kowal pochylił się i odgarnął kurz. Na posadzce leżała broń. Lekko zardzewiała i sponiewierana, ale sprawna. Przypatrzywszy się jej dokładnie, Harad ze złością rzucił ją z powrotem na podłogę. Był to jeden z niewielu mieczy, których sam nie wykuł...
***
Onegdaj kupił go od swojego czeladnika. Chłopak był pojętny, widać było, że będą z niego ludzie... aż tu nagle ni stąd, ni zowąd przestał się pojawiać. Kilka tygodni później usiłował kupić od Harada miecz paladyna. Kowal uznał to za niezbyt śmieszny dowcip, zważywszy na okrywający korpus klienta pancerz najemnika. Wywalił go z kwitkiem.
Później bał się do tego komukolwiek przyznać. Po mieście krążyła pogłoska, że ten rębajło zaciągnął się do łowców smoków i zabił wszystkie gady w Górniczej Dolinie. Był kimś w rodzaju bohatera narodowego.
Harad odzyskał rezon dopiero, gdy bezimienny łowca w biały dzień rozwinął żagle na statku paladynów i zwyczajnie odpłynął. Wszyscy mistrzowie cechów wychwalali wtedy kowala, że pozbył się rabusia ze swojego zakładu.
Rychło okazało się, że na statku odpłynął latarnik Jack, przyjęty zaś w miejsce bezimiennego Brian otrzymał jego latarnię w dzierżawę. Czeladnik w te pędy spakował się i wyjechał z miasta. Harad wyklinał wtedy bezimiennego, że przez te machlojki stracił pomocnika. Musiał teraz pracować dwa razy ciężej. I tak już zostało.
Dla miasta zaczęły się ciężkie czasy. Gildia złodziei wciąż rosła w siłę, zaś panowanie lorda Hagena, królewskiego namiestnika, z wolna dobiegało końca. Rok wcześniej mieszkańcy bez oporu poddali się jego władzy tylko dlatego, że widmo nadciągających hord orków było coraz silniejsze. Ufortyfikowane i obsadzone przez armię miasto skutecznie opierało się wrogim oddziałom. Kiedy orkowie zostali tymczasowo rozgromieni, namiestnik otrzymał ofertę zjednoczenia od stacjonującego nieopodal generała Lee. Nie przyjął jej, wydawała mu się bezsensowna. Miasto miało bowiem prócz paladynów jeszcze jedną ochronę – magów.
Tutaj po raz kolejny dały o sobie znać skutki kradzieży statku. Mieszczanie pozbawieni duchowej opieki Vatrasa zerwali całkowicie kontakty z klerem. Ostatni mag, Daron, uciekł przed rozwścieczonymi obywatelami do klasztoru.
Kolejną krzywdę wyrządziła miastu natura. Portowe brzegi, od wieków podmywane przez słoną morską wodę, zawaliły się. Obywatele natychmiast wysłali inżynierów do odbudowy, ale nic to nie dało. Z każdym dniem kolejne fragmenty portu pochłaniało morze. Przerażeni ludzie nie chcieli wierzyć, że istnieje realne zagrożenie dla ich pięknego, czystego miasta i nadal odbudowywali, miast nawoływać do ewakuacji.
Jednym z niewielu, którzy faktycznie coś zdziałali, był szkutnik Garvell. Spuściwszy na wodę swój nieukończony statek, z pomocą swych pomocników i kilku rybaków przetransportował go do opustoszałej przystani paladynów. Zdwoił tam wysiłki, za jakieś dwa tygodnie statek miał zostać wykończony.
Tymczasem woda zniszczyła już sklep rybny Halvora, karczmę Kardifa, dom Brahima i burdel „Czerwona Latarnia”. Z pierwszego szeregu budynków pozostał tylko miejski magazyn, chyboczący się na niedużym półwyspie. Kiedy fale zburzyły drugi, a paladyni nadal nie reagowali, mieszczanie odsunęli lorda Hagena od władzy. Upadły namiestnik wyruszył z samobójczą misją do Górniczej Doliny, zaś ratusz zajął gubernator Larius. Spodobało się to drobnym przedsiębiorcom, natomiast mistrzowie cechów, między innymi Harad, otwarcie wystąpili przeciw nowemu rozkazodawcy.
***
Harad zasunął żelazną sztabę na miejsce i przekręcił klucz w ciężkiej kłódce. Znak firmowy gildii Araxos, na gwarancji. Dopełniwszy formalności, przekazał klucz Carlowi. Stary kowal niepomiernie się ucieszył. Jego własna kuźnia była właśnie zalewana przez morze. Poza tym pozbył się wreszcie niechcianego sublokatora Ignaza, który swoimi eksperymentami nieraz budził go ze snu. Teraz ten stuknięty alchemik będzie w spokoju doczekiwał starości w pracowni Constantina.
Kowal Harad odebrał jeszcze zapłatę za kuźnię i wyruszył w kierunku latarni morskiej. Precz z tyranią, precz z gubernatorem Lariusem – pomyślał – Brian niezbyt długo poradzi sobie beze mnie. Na pewno będzie wniebowzięty.
***
- Widziałeś go, Cavalorn? – lekko otyły kupiec przyłożył dłoń do czoła – Harad się wyprowadza.
- Baltramie, każdy kto ma dziś choć trochę oleju w głowie, powinien się wyprowadzić – wysoki, śniadoskóry łucznik podniósł się z dachu portowych ruin i spojrzał we wskazanym przez kupca kierunku – Tylko tacy krętacze jak Lehmar czy Bromor chcą ubić interes na cudzych krzywdach.
- Bromor? – spytał młody robotnik, spiesznie przełykając kawał baraniej kiełbasy – Czy jego przybytku nie zalało przypadkiem morze?
- A i owszem, drogi Monty. Ten siwiejący erotoman jest jednak na tyle oddany rozpustnej idei, że przeniósł swój burdel. Mieści się teraz w wieży nieopodal placu świątynnego. Jakość usług znacznie się podniosła – łucznik pokręcił głową – Normalnie nie miałbym nic przeciwko temu, he he... ale teraz należy myśleć o czym innym. Orkowie nadchodzą! Beliar splugawił już dziesiątki kapliczek na wyspie, a ci głupcy przejmują się kurtyzanami! Innos nie jest lepszy. Magowie Ognia siedzą cicho w klasztorze, a lord Andre jest zastraszony przez gubernatora.
- Chowa się w koszarach – dodał Baltram – Wiesz, dlaczego tak się dzieje, Monty? Równowaga świata po raz kolejny została naruszona. Cholera, mówcie co chcecie, ale tamten bezimienny to był ktoś. Zabił Kruka, Hosh-Paka, smoka - ożywieńca...
- Oszczędził Ur-Shaka. Ten szaman lada chwila przejdzie przełęcz... – Monty nadal nie był przekonany.
- Oszczędził t a k ż e Pyrokara i lorda Hagena. Pozostawił nam siły, aby walczyć! Widzisz, ledwo wyjechał, a już wpadamy po kolana w gówno – zdenerwował się Cavalorn - Co możemy zrobić? Musimy przypomnieć ludziom o tej wciąż żywej legendzie.
- Tak – potwierdził Baltram - Magowie Wody zbytnio ufali Pyrokarowi. Ten jednak pozostawił Khorinis na pastwę Beliara... na szczęście Saturas przewidział coś takiego. Przed wyjazdem zmobilizował oddziały Wodnego Kręgu. Jesteśmy w pełnej gotowości bojowej.
- Wodnego Kręgu?! – wytrzeszczył oczy Monty – Ja... mistrz Garvell wysłał mnie tylko...
- Garvell od dawna pracuje dla Saturasa. Miejsca na jego statku są przewidziane głównie dla członków Kręgu.
- I wy chcecie...
- Mamy powody, aby sądzić, iż nadajesz się do Wodnego Kręgu. Byłeś wśród bandytów i przeżyłeś. Znasz Patricka, którego zwerbował już Cord. W każdym razie... chcesz czy nie chcesz? Nie czas teraz na ceremonie, karczma Orlana nie jest już bezpiecznym miejscem. Po prostu odpowiedz.
- Chcę.
- Świetnie. Ku chwale Adanosa, czyń swą powinność, et caetera, et caetera, a tu masz pierścień Kręgu – zakończył niespodziewanie Cavalorn – Nie przejmuj się wygrawerowanym imieniem Lance. Koleś zginął i nikt już o nim nie pamięta...
W tym momencie na teren zrujnowanego domostwa wpadł strażnik miejski. Cała trójka jak na komendę schowała pierścienie.
- Nie musicie tego robić – powiedział strażnik – Nazywam się Pablo, wiem o Kręgu. Chodźcie za mną. Gubernator Larius chce z wami pogadać.
Nadeszło jeszcze pięciu strażników. Nie było sensu walczyć.
***
Cavalorn, Monty i Baltram dostąpili wątpliwego zaszczytu być przyjętym przez gubernatora osobiście. Kiedy weszli do ratusza i spostrzegli związanych ludzi stojących pod ścianą, poczuli że szansa na spełnienie ich śmiałych planów gwałtownie spada. Oto stali przed nimi Orlan, Gaan, Cord, Patrick, Martin.
- To już wszyscy? – zaskrzeczał sędzia, wyłaniając się zza sąsiedniej kotary. Gubernator przytaknął. Sędzia wyciągnął zwój pergaminu.
- Moi panowie, jesteście oskarżeni o...